Krzysiek wstawia tu krótkie sprawozdania z tego co robimy, a ja za to podzielę się pierwszym wrażeniem jakie zrobiła na mnie Afryka.
W skrócie- jestem zachwycona. Wyobrażałam sobie, że funkcjonowanie tu będzie o wiele bardziej skomplikowane niż jest w rzeczywistości. Jeśli chodzi o pogodę, to tu gdzie jesteśmy jest gorąco i duszno, ale nie bardziej niż bywało w Białymstoku. Jedzenia jeszcze za dużo nie spróbowałam, ale to co dotychczas jadłam było pyszne (jestem fanką owoców, więc tutejsze banany i sok z mango są czymś, czym mogłabym się żywić całe życie). Nic nas nie pogryzło i nic nas nie boli (może troszkę się za mocno opaliliśmy, ale to na własne życzenie). Ludzie są przesympatyczni i męczący, ale to też ma swój urok. Nie wiem czy udało nam się iść dłużej niż 10 minut bez usłyszenia "Hello my friend!" i przybicia piątki/podania ręki. W połowie przypadków po tym powitaniu następuje prezentacja tego co akurat chcą nam sprzedać. Przeżyłam też już pierwsze kenijskie oświadczyny 😅
A co mnie najbardziej zaskoczyło?
Pierwszą rzeczą jest to, że nie rozumiem co ludzie do nas mówią. Pierwszego dnia nie rozumiałam nic, drugiego już troszkę załapałam ich język. I nie chodzi tu o to, że słabo znam angielski, ale nasz szkolny British English znacznie odbiega od Kenian English. A nawet Kenian English różni się mocno w zależności od tego, z jakiego plemienia pochodzi dana osoba. Dla przykładu wczoraj kierowca tuk tuka podwiózł nas do hostelu i zaczął rozmawiać z jego właścicielką, lecz zupełnie nie mogli się zrozumieć, mimo, że oboje rozmawiali po angielsku. Problem polegał na tym, że on zazwyczaj posługuje się swahili, natomiast ona pochodzi z plemienia Kikuju, które ma swój własny język i przez to sposób, w jaki mówili po angielsku, był dla nich wzajemnie trudny do zrozumienia. Ale mimo to jakoś sobie dajemy radę, często prosimy, żeby ktoś powtórzył, bo nie rozumiemy i dużo się śmiejemy z żartów miejscowych, choć nie zawsze wiemy o co chodzi 😁 Mam nadzieję, że do pierwszych rekolekcji zrobię znaczne postępy w tutejszym angielskim i nie będę miała problemu z dogadaniem się z uczestnikami.
Drugim moim największym zaskoczeniem jest kwestia bezpieczeństwa. W Kenii było sporo zamachów terrorystycznych przeprowadzanych przez ugrupowania z sąsiadującej Somalii. Z tego powodu rząd wprowadził nowe zasady mające na celu uniknięcie kolejnych tragedii. Na przykład wsiadając do pociągu byliśmy 2 razy prześwietlani, 3 razy sprawdzali nasze dokumenty, 2 psy policyjne wąchały bagaże, a sympatyczny pan ochroniarz sprawdzał czy oby na pewno moja butelka jest z wodą, a nie z koktajlem Mołotowa (sprawdzał wstrząsając, więc wolę nie myśleć co by było, jakby trafił na kogoś z prawdziwą mieszanką wybuchową). Chcąc wejść do większego supermarketu musieliśmy zostawić nasze plecaki w schowku, po czym oczywiście znowu nas prześwietlali. Jest to trochę uciążliwe, ale zdecydowanie wolę takie procedury niż zamachy.
Pierwszą rzeczą jest to, że nie rozumiem co ludzie do nas mówią. Pierwszego dnia nie rozumiałam nic, drugiego już troszkę załapałam ich język. I nie chodzi tu o to, że słabo znam angielski, ale nasz szkolny British English znacznie odbiega od Kenian English. A nawet Kenian English różni się mocno w zależności od tego, z jakiego plemienia pochodzi dana osoba. Dla przykładu wczoraj kierowca tuk tuka podwiózł nas do hostelu i zaczął rozmawiać z jego właścicielką, lecz zupełnie nie mogli się zrozumieć, mimo, że oboje rozmawiali po angielsku. Problem polegał na tym, że on zazwyczaj posługuje się swahili, natomiast ona pochodzi z plemienia Kikuju, które ma swój własny język i przez to sposób, w jaki mówili po angielsku, był dla nich wzajemnie trudny do zrozumienia. Ale mimo to jakoś sobie dajemy radę, często prosimy, żeby ktoś powtórzył, bo nie rozumiemy i dużo się śmiejemy z żartów miejscowych, choć nie zawsze wiemy o co chodzi 😁 Mam nadzieję, że do pierwszych rekolekcji zrobię znaczne postępy w tutejszym angielskim i nie będę miała problemu z dogadaniem się z uczestnikami.
Drugim moim największym zaskoczeniem jest kwestia bezpieczeństwa. W Kenii było sporo zamachów terrorystycznych przeprowadzanych przez ugrupowania z sąsiadującej Somalii. Z tego powodu rząd wprowadził nowe zasady mające na celu uniknięcie kolejnych tragedii. Na przykład wsiadając do pociągu byliśmy 2 razy prześwietlani, 3 razy sprawdzali nasze dokumenty, 2 psy policyjne wąchały bagaże, a sympatyczny pan ochroniarz sprawdzał czy oby na pewno moja butelka jest z wodą, a nie z koktajlem Mołotowa (sprawdzał wstrząsając, więc wolę nie myśleć co by było, jakby trafił na kogoś z prawdziwą mieszanką wybuchową). Chcąc wejść do większego supermarketu musieliśmy zostawić nasze plecaki w schowku, po czym oczywiście znowu nas prześwietlali. Jest to trochę uciążliwe, ale zdecydowanie wolę takie procedury niż zamachy.
Patrząc na długość mojego wywodu rozbawiło mnie to, że na pierwszy rzut oka można rozpoznać, które wpisy są pisane przez mężczyznę, a które przez kobietę 😂
Pozdrawiamy, do usłyszenia w kolejnym wpisie 😘
Pozdrawiamy, do usłyszenia w kolejnym wpisie 😘
Na zdjęciu nasze dzisiejsze śniadanie- jajecznica ze szczypiorkiem (serio!!), kiełbaska, naleśniki z czekoladą i bananem oraz ciapati (placki, coś w stylu grubego naleśnika). I oczywiście herbata z mlekiem 😅

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz